Bieszczady

Tegoroczna wyprawa w Bieszczady stała pod znakiem zapytania – mieliśmy już jechać w nie od jakiegoś czasu, ale jakoś ciągle brakowało nam czasu. Pewnego dnia, w czasie wakacji, w końcu zdecydowaliśmy się na nie. Miała być piękna pogoda, więc wszystko zapowiadało się super.

Jednak już w czasie drogi padało, wiał mocny wiatr, i było naprawdę zimno, jak na lipiec. Kiedy dotarliśmy już za Sanok, pogoda nie zmieniła się wcale na lepsze.

Musieliśmy zdecydować, czy śpimy w namiocie, czy szukamy sobie jakiegoś noclegu. Pojechaliśmy do Ustrzyk Górnych, i tam zostaliśmy w schronisku. Było jednak trochę czasu, więc wyszliśmy jeszcze w trasę. Szliśmy nie dłużej niż godzinę, ale trzeba było wracać, zanim się ściemni. Przez cały czas padało. Mieliśmy na szczęście kurtki, ale nie byliśmy zaopatrzeni w płaszcze przeciwdeszczowe. Po powrocie do schroniska zjedliśmy kolację, i zaczęliśmy planować trasę na kolejny dzień. Stwierdziliśmy, że już niezależnie od pogody, chce pochodzić po górach, bo po to tu przyjechaliśmy. W schronisku spotkaliśmy też znajomych, którzy, jak okazało się, prowadzili tam spotkanie coachingowe. Zamieniłam z nimi parę słów, jednak nie chciałam ich przeszkadzać, bo w końcu byli w pracy, więc zaraz wróciłam do naszego pokoju. Byliśmy z mężem w pokoju sami, bo nie było więcej osób, które tego dnia przybyły na nocleg, i które musiałyśmy z nami spać w pokoju, a był to pokój czteroosobowy. Mieliśmy więc wygodę i spokój. Wybierając się w te Bieszczady, wyposażyliśmy się w suchą karmę, zupki z kubka, purre ziemniaczane do zalewania wodą, wafle ryżowe itp. Mieliśmy swoje kubki, łyżki, widelce, nóż. A tu, w schronisku, jak się okazało, wszystko jest. I naczynia, i kuchenka, i lodówka. Byliśmy chyba tam jedynymi, którzy aż do tego stopnia byli przygotowani tylko na jedzenie suchej karmy. Było dla nas dość zabawne.

Kolejnego dnia rano, zjedliśmy śniadanie, i ruszyliśmy w góry. Podjechaliśmy samochodem na parking, z którego miało być już nie tak daleko do Małej Rawki. Naszym planem był Keremenos, czyli Krzemieniec. Wyruszyliśmy bardzo wcześnie, bo już około 7 rano byliśmy w drodze. Pogody ładniej, niestety, nie było. Po dolinach snuły się mgły, a widać było jedynie to co przed nami i za nami. Dalej jednak mgły niesamowite, zasnuwające to, co się tylko dało. Szliśmy przez miejsca, z których przy dobrej pogodzie, są najpiękniejsze widoki. To nas jedynie ominęło. Jednak wyprawa i tak była cudowna. Cieszyłam się każdym kamieniem na drodze, bo tak mi już brakowało takich wypraw w góry. Droga była stroma, kamienie śliskie, i bardzo trzeba było uważać. W niektórych momentach konieczne było skorzystanie z podpórek ? drewnianych balustrad, które ciągnęły się niemal wszędzie w tych stromych miejscach. Właściwe z dołu aż do Małej Rawki ciągnęła się stroma, kamienista droga. Mała Rawka znajduje się 1267 mnp.

Przy małej Rawce zrobiliśmy sobie krótki postój na zjedzenie słodkiego mleka skondensowanego, napicie się wody i dalej w drogę. Teraz już było łatwo, bo szło się tylko wyżynami, w stronę Wielkiej Rawki. Ogólnie, z parkingu na Wielka Rawkę mieliśmy do przejścia 3 h i 30 minut. Na Krzemieniec zaś trasa była wyznaczona na 4 godziny. Zajęła nam jednak jakoś mniej, chociaż to wspinanie się w górę w dużym tempie było bardzo wyczerpujące. Kiedy już z Małej Rawki przeszliśmy spacerem niemal na Wielka Rawkę, zrobiliśmy sobie krótka przerwę. Za chwile nadszedł jedyny oprócz nas, turysta. To dobrze, zrobił nam wspólne zdjęcie.

Teraz już mogliśmy iść ma nasz upragniony Keremenos. Krzemiec, to takie miejsce, i góra, która jest właściwie w trzech państwach naraz. Krzemieniec jest w Polsce, na Ukrainie i na Słowacji. Nasza droga na Keremenos była bardzo dzika, a to dlatego, że czuliśmy się już zupełnie zapuszczeni z jakąś głębie. Po prawej mieliśmy polski las, po lewej ukraiński las, a przed sobą słowacki. Dotarliśmy wreszcie do rozstajów trzech dróg, z których jedna wiodła na Ukrainę, ta w lewo, jedna na Słowację, ta przed nami, i jedna z powrotem do Polski ? ta nasza. Wiedzieliśmy tablice graniczną, na której było napisane: ?Punkt styku granic państwowych Rzeczypospolitej Polskiej Republiki Słowackiej i Ukrainy?.

W drodze powrotnej z Krzemieńca spotkaliśmy dopiero pierwszego porannego turystę, który zapuścił się tu zaraz po nas, a potem już, w okolicy Wielkiej Rawki byli kolejni. Przy znaku Wielka Rawka cyknęliśmy jeszcze zdjęcie dwóm zakonnicom, które poprosiły nas o to, i poszliśmy dalej. Teraz już spotykaliśmy kolejnych turystów, a przy schodzeniu z Małej Rawki w dół, na tej trudnej kamienistej drodze, już co chwilę mówiliśmy komuś: dzień dobry. Czyli nieładna pogoda jednak nie zrobiła swojego ? tak było sporo osób. Jedynie pora naszego wyjścia była bardzo wczesna, tak, że my schodziliśmy, a ludzie dopiero wchodzili. Dziwne było jednak to, że ci turyści wchodzili pod tę stromą góre z małymi dziećmi, bardzo małymi, np., z trzylatkami czy czterolatkami. Nam wydało się to niepoważne, dlatego, że to kuszenie losu. Było naprawdę ślisko, i dorosłem było trudno, a co dopiero dziecku. My naszego nie wzięlibyśmy na takie kamienie.

Wczesnym popołudniem byliśmy właściwie po górach. Nie bardzo mogliśmy iść w kolejne, ponieważ byliśmy cali przemoczeni. Pojechaliśmy więc do knajpki ludzi, którzy uciekli kiedyś z miasta, aby w górach mieszkać i założyć swój interes. Była to bardzo sympatyczna knajpka, rodzinny biznes. Zjedliśmy pierogi i krokiety z barszczem. Pierogi były dobre, krokiety też były w porządku, jedynie barszcz był tak kwaśny i bardzo torebkowaty, czyli mam na myśli to, że był z torebki. Potem pojechaliśmy szukać miejsca na nocleg. Trzeba było się gdzieś przebrać i wysuszyć. Mieliśmy do wyboru w sumie wiele noclegów, ale nie bardzo nam odpowiadały, bo albo były w złym miejscu, albo za drogie. Mogliśmy spać znów w tym samym schronisku, jednak nie chcieliśmy spać w pokoju z obcymi osobami, za cenę, z która można niemal mieć pokój dwuosobowy w innym miejscu. Z zewnątrz podobał się nam też Keremaros. Drugi nocleg wybraliśmy w schronisku pttk, w domkach. Na namiot wydawało się nam za zimno, bo naprawdę, było bardzo zimno. Rozpakowaliśmy się, przebraliśmy się w suche ubrania i poszliśmy jeszcze na spacer po okolicy.

Nie było specjalnie uczęszczanych ścieżek, przeszliśmy jedną z nich kawałek, ale chyba byliśmy jedynymi, którzy tamtędy szli w ostatnich czasach. Potem już wróciliśmy na chodnik. Odwiedziliśmy też muzeum huculskie, które jest na terenie PTTK. Był to drewniany domek, w którym są pamiątki bieszczadzkie, mapy, okazy flory i fauny, a także pamiątki huculskie. Bardzo sympatyczny pan który tam pracuje, i zna doskonale historię bieszczadzkich hucułów, włączył nam film z nagraniem huculskiej muzyki. Nagranie było robione z zespołem huculskim z okolic Czarnohory na Ukrainie.

W końcu zastał nas wieczór, i trzeba było coś zjeść. Postanowiliśmy wybrać się do czegoś okolicznego. Jednak wszędzie było nie tak, jak chcieliśmy. Zjedliśmy droga jajecznicę, wypiliśmy herbatę i postanowiliśmy jednak wyruszyć do oddalonej kawałek miejscowości, do Nory Pod Beskidnikiem, bo podobał się nam w niej klimat. Droga była już trudna, bo były straszne mgły. W Norze Pod Beskidnikiem posiedzieliśmy trochę, posłuchaliśmy klimatycznej muzyki, wypiłam specjalne piwo a mąż zjadł gofry. Potem właściciel poczęstował nas jeszcze winem, które pił razem z rodziną przy stole obok. Potem już była pora na powrót, więc pojechaliśmy na nocleg.

Kolejnego dnia mieliśmy zdecydować, co dalej. Wracamy, chodzimy po górach, czy zwiedzamy. Uzależnialiśmy to od pogody. Jednak lało, więc zdecydowaliśmy się na powrót, wstępując jeszcze po drodze gdzieś. Pojechaliśmy nad Solinę, nad zalew Solina. Przeszliśmy się po zaporze solińskiej. Wielka komercja. Nie lubimy takiego dziadostwa. Potem postanowiliśmy popłynąć statkiem, i koniecznie tak, żeby siedzieć na dziobie statku, na zewnątrz. Tak też zrobiliśmy. W pierwszej chwili kapitan powiedział, że nie wolno, bo zaraz przyczepi się policja wodna do tego, ale potem powiedział, ze jak chcemy, to możemy. Tak też zrobiliśmy. Było pierońsko zimno i jeszcze bardziej pierońsko wiało, jednak woleliśmy mieć coś z tej jazdy, niż siedzieć w środku wśród tłumu i słuchać beznamiętnie melancholijnej muzyczki. Wiatr we włosach, a raczej w kapturze, deszcz na twarzy i okropny ziąb ? ale było warto. Niesamowite widoki i super wrażenia.

Potem już trzeba było powoli wracać. Był to bardzo miły wyjazd we dwoje, bardzo się nam przydał. Miło było tak wędrować i zwiedzać, i być razem. Jadąc tu, mieliśmy określone oczekiwania: dzicz, totalna dzicz, czysto, świeżo i niskie ceny. Rzeczywistość okazała się jednak inna. Oszem, dzicz była, ale nie w tym sensie, w jakim o niej myśleliśmy. Lasy bieszczadzkie, przyroda, to jest niesamowite. Jednak w tych miejscowościach jest to, co trzeba, są sklepy, pensjonaty, i ceny zawrotne. Byliśmy tym bardzo zdziwieni, ponieważ byliśmy przekonani, że w Bieszczadach jest tanio. A tu okazuje się, że jest drogo, i w dodatku standard jest niższy niż wypadałoby wymagać za tę cenę. np. były domki o dobrym standardzie, ale one już kosztowały 200 lub 250 zł za jeden nocleg od jednej osoby. Ceny mogłyby być niższe, bo nie spodziewaliśmy się jednak takich, jak w Krakowie czy innych miastach, ale bardziej wiejskich cen. Same Bieszczady jednak piękne, przyroda cudowna, a jeśli chcemy mieć odległe widoki, musimy jednak trafić na dobra pogodę.
mks

hastagi na stronie:

#krzemieniec bieszczady

Top